1:54 nad ranem. Dziś, kolejny raz słyszę o barierze, jaką wyczuwa się w kontakcie ze mną ('to nie jest bariera lingwistyczna. Czuję barierę mentalną'). Rozbieram się. Chce mi się wymiotować od odgłosów zza ściany. My jesteśmy tak niewinni, piękni, czyści. Tamto to coś okropnego, jak odgłos fizycznej przemocy. Nie mogę w to uwierzyć. Mam dosyć dzielenia mojego życia, wspólnego mieszkania. To coś skończenie nienaturalnego. Te odgłosy, obrzydliwe! Jutro, jeszcze zanim rozpocznę dzień, idę biegać. Muszę zmęczyć swój mózg, by pozbyć się złych myśli i móc normalnie pracować. Tuż przed snem marzę o własnym domu. Potrzebuję czułości.
To poczucie nierzeczywistości nie odstępuje mnie i teraz, zawsze „pomiędzy”, nigdy w czymś, jestem jak cień, jak chimera. Nie mogę rzucić się w coś, zanurzyć zupelnie. Moje sondaze nie doprowadzaja mnie do sedna rzeczy. Czuje sie glupio, slowianska rozlazlosc wchodzi mi w parade; jakbym polknela kij od szczotki. Cos mi uniemozliwia otworzyc sie na swiat. Niewinnosc, przewrazliwienie, wypaczone wyobrazenia. Nie wiem czy to ja jestem w bledzie, czy inni. Gra na zwloke, czas mija. Co mi da gwarancje osadzenia w rzeczywistosci?
Jedno jest pewne - oczywiscie, mozna mi dawac rady. Ale lepiej jest nie przeszkadzac.
Mlodosc. Niewinnosc. Igraszki.
Wczesny wieczor. Niebo powoli gasnie. Drzewa, na ktore patrze sie z perspektywy. Jestem tu i tam. Na ziemi i na najwyzszych galazkach. Ruszam. Czuje wilgotny chlod ziemny, cos co mnie przenika na wskros wbrew mnie; penetrujacy i jeszcze nie wiosenny (drzewa juz zielone, zielen czysta, nieskalana). Wilgotne trawy ustepuja moim krokom. Odzywa sie ptak. Moje serce sie wyrywa z piersi. Chlod przeszywa moje cialo; prawie erotyczna przyjemnosc. Jestem sama. Niezrozumiana. Z dala od wszystkich.
Brak struktury. Maź bezformia. Lenistwo. (Moje kichniecie obudzilo pare za sciana.) Nie moge tak dluzej. Musze podewziac decyzje i trwac w niej. --- Decyzje podewzielam.
Z pozoru najzwyklejszy młody człowiek z lekkimi tylko dziwactwami, a jednak nie mający w głębi ducha najmniejszych złudzeń, że jest jak chora owca poza stadem, na bezdrożu, i wydany wszelkiemu najdziwniejszemu kształtowi, jak owe figurki z gutaperki dające się ugniatać na wszystkie sposoby, z których można zrobić największą potworność. Wiedziałem: sam, na uboczu, osobny, dowolny, a więc rozwiązły, a więc rozpasany. I stąd dziwny wytworzył się u mnie stosunek do tego co wstrętne, odpychające, ohydne
—gdyż brzydząc się tym, jak każdy, czułem się jednak jakoś temu dostępny i bodaj związany z tym; ale to uczucie wypełniało mnie jeszcze większym obrzydzeniem, do tego stopnia, iż niechętnie przyjmowałem kawałek chleba ręką podany, nie na talerzyku; tak to oscylowałem pomiędzy obrzydzeniem a wewnętrzną zgodą na ohydę.